Inspiration digger

Fenomen nieistnienia

“Urodziłem się (co dla niektórych może być nieistotne)
18 marca 1956 roku we Wrocławiu.
Prawdopodobnie żyłem sztuką i myślę, że jestem artystą.
I jeszcze nie wiem, kiedy zmarłem.
Właściwie życiorys mój (Życiorys) – przepadł.”

“Niestety, trzeba aż śmierci, by pojąć, co tracimy. Chrystian Belwit nie był dzieckiem szczęścia. Jego życie, to pasmo nieszczęść, kłopotów, szpitali, samotności, udręk i lęków. Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat zaznał ciepła. (…) Przedtem jednak spał pod mostami, noce spędzał na dworcach, nielegalnie w domach akademickich, w bramach, w stogach siana, albo u znajomych. Opowiadał o tym barwnie i zabawnie, choć rzecz była gorzka. Nie skarżył się specjalnie na swój los wagabundy, kloszarda, obieżyświata, ale też się nim nie chełpił. Wydawało się, że nigdy nie miał własnego domu. Odtrącony przez rodzinę i najbliższych, pukał do ich drzwi, ale mu nie otworzyli.

Nie rozstawał się z tajemniczym zeszytem, w którym niemal od dzieciństwa zapisywał swoje uwagi o świecie. Poznałem go ćwierć wieku temu, w końcu lat siedemdziesiątych. Przyszedł do redakcji, gniotąc pod pachą szary, przybrudzony kajet. Powiedział, że pisze i nie wie, co z tym zrobić, i czy się to na coś nada. A prawdę mówiąc, to nie od razu pokazał mi ów kajet. Najpierw go długo namawiałem, aż wreszcie się odważył i stanął w drzwiach. Niepewny, speszony i zagubiony. – Może nie warto tego czytać – jakby się przekomarzał. A gdy zajrzałem, zdębiałem. Jakieś wykresy, tablice matematyczne, wzory chemiczne i fizyczne, figury geometryczne, rysunki, tajne zapiski. – Co to? – spytałem. – Definicja świata – odparł całkiem normalnie. Okazało się, że szuka odpowiedzi na podstawowe pytanie, czym jest świat. – Gdzieś tam w tym wszystkim kryje się zagadka świata – mówił poważnie. Nie wiedziałem, czy kpi, czy robi ze mnie osła. Mówił jednak bez cienia ironii. Jego ironię, żart i satyryczne spojrzenie poznałem potem, gdy nieraz dowcipkował, parskał zaraźliwym śmiechem, igrał z językiem. Teraz był surowy, z iskierkami diablika w oczach. – Przecież tego się nie da wydrukować – powiedziałem mu. – Właśnie, i ja tak myślę – odparł. – Gdy jednak przewróciłem kilka kartek dalej, znalazłem malutkie perełki- wiersze. On pisał wiersze, jakby ukryte za wzorami i matematycznymi wyliczeniami świata. Wiersze były w drugiej kolejności, po wzorach na istotę świata, co nie znaczy, że gorsze, słabsze, czy coś w tym rodzaju.

Namiętnie czytał książki, pożerał je. Może dlatego, że pragnął nadrobić stracony czas. Nie poszedł do szkół, więc sam się dokształcał. Czytał Platona, Arystotelesa, Sofoklesa, zachwycał się poetami Rzymu. I ciągle pisał. Nie chciał jednak nigdzie drukować. Wiele minęło lat, zanim namówiłem go, by opublikował mały tomik. I opublikował. Nadał mu znaczący, i jak się potem okazało, dramatyczny tytuł: “Pierwszy i ostatni”. Pisał w nim takie oto strofy, miniatury:
Plastykowa łódka
płynie w ciepłej wodzie
zakręcam kurek
na dnie wanny
leży załoga

Grał na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie piosenki. Rzadko zresztą występował. Stronił od wszelkiej wrzawy literackiej. Stał z boku. Nie mieszał się do żadnych sporów, intryg, ani gier towarzyskich. Te rzeczy były mu obce, brzydził się nimi. Prowadził swoje tajemnicze życie gdzieś poza obrzeżami wielkich artystycznych prądów. Ale pisał pięknie i mądrze. I miał wielu sekretnych zwolenników, tworząc z biegiem czasu piękną, jakby ukrytą legendę, pociągając za sobą i swoim wolnym życiem wielu młodych poetów, wśród których niemałą grupę stanowili uczniowie szkół średnich i studenci. W strofach jego kryje się duże piękno i dramat jego życia.
Był oszczędny w słowach, zdyscyplinowany, często ironiczny. Ale jego siłą był gniew, protest i bunt.

Uwielbiał Wojaczka i poświęcał mu swoje strofy. Prowadził też podobny tryb życia. Jego poezja ginęła wśród bełkotu, błyskotek i chaosu myśli współczesnych młodych wierszopisarzy. Nie wygrywał konkursów, bo nie umiał się kłaniać bożkom lokalnego areopagu. Zginął nierozpoznany, zagubiony, samotny. A jego pogrzeb, przebiegający niemal w utajnieniu, stał się manifestacją przyjaźni. Zjawili się ci, którzy mu uwierzyli, którzy poznali się na tym, co pisał. Stał się poetą wyklętym, odrzuconym. Taki bywa los poetów ważnych.’

Stanislaw Srokowski, ‘Wspomnienie’, w: http://www.gazeta.pl/wroclaw

Zagubione miasto

Miasto w którym mieszkam
urodziło się w tym samym dniu
i o tej samej godzinie co ja
– mogłoby być fortecą
twardą jak pomnik
w rękach którego złom
przyjmuje formę rdzewiejącej alegorii
– nocne ulice i rozjaśniony sen
prostytutki jakby lament
cudzego westchnienia

Nie będąc w ścianach pokoju
jestem w murach miasta
pytano co robisz gdzie pracujesz
stań na nogach nie na głowie
– gdy pytanie pomijam milczeniem
śmieją się lub mówią …

Przechodzą przez skrzyżowania –
gdzie światła naigrywają się
z ludzkich potrzeb – dróg indywidualności
powiedziano – masz wybór
nie dając nic w zamian

z okna mego domu
mam widok na plac defilad
i widzę twarze w połowie
niewyśpiewanych próśb
a pytają czy wystarczy
armatniego…

I widzę jak na dłoni że
niepotrzebnie się denerwują

Miasto w którym mieszkam
umiera powoli wraz ze mną
a przecież rośliśmy dom w dom
ciało w ciało jak
niebo w niebo – by ktoś inny
urodził się w tym samym
dniu o tej samej godzinie
by mógł nazywać ulice
na których spotykamy
tych samych ludzi

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s