Inspiration digger

poezja

Nawrocki, Muza

Moja muza wczoraj
chodziła po progach księżyca,
myśli miała z jaśminu,
spódniczkę z sontów Petrarki.

Dzisiaj biega wbita
w dżinsy, pali papierosy,
nie czeka na księcia z bajki,
sypia – z kim ma ochotę.

Lubi japońskie sweterki,
ceni francuzkie prezerwatywy,
co rok wyjeżdza za granicę,
co drugi wydaje bękarta,

a z jasnych włosów sczesuje
moje wzruszenia i gwiazdy;
pzed lustrem wygniata wągry,
gładzi po pyskach piersi.

Łagodna i wygodna,
wie, o czym należy pisać,
jak chodzić,z kim się umawiać,
gdzie przyszyć serce,gdzie misia-
moja tleniona muza.

Advertisements

Koktajl z poetow, czyli taka sobie proba remiksu

nie ma cię pani łagodna
nie ma cię pani radosna

szkoda że cię tu nie ma

jakkolwiek mam cię zwać jakkolwiek
uprościć pozwól niech z czegoś odczytam tylko
stuk wlasnego serca
nie ma cię – nie ma
chłód. chłód.
obsesyjna mantra

na wszystko odpowiem
choc nie usłyszysz ani słowa

idę do ciebie przez zbutwiałe sny
w ciżmach z ołowiu
kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie
werbel werrrrbel

a w kazdym oddechu
echo
nieustanne szachy
po co nam ten worek z piaskiem
po co nam ten gips

uspokoj sie
mówię
bo widzę
bo nie ma nikogo
bo
bo nie ma
bo nie ma nikogo
kto by nas wyciagnął na brzeg


Don’t Leave Me

Jacek Podsiadlo

 

Don’t stop loving me. Not even for a second. Think of me
morning & evening, & when praying. Even at the cost of missing a meal
even if it means you lose more weight. Feel free, watch
‘Dempsey & Makepeace’, look at the displays of dresses in the shop windows,
the symptoms of any disease
on your body – but just hold me in front of your eyes.

Shifting fifty kilo bags of cement I carry you in my arms.
Skipping to a reggae tune I jump after you into the fire.
Biting my nails I bite them out of longing for you.
Listening to the weather forecast I strain to hear your voice.
Sometimes I’m gasping for air
& then I know you’ve forgotten about me for a moment.

 

Nie przestawaj mnie kochać. Ani na sekundę.
Myśl o mnie rano i wieczorem, w porze pacierza.
Kosztem posiłków, choćbyś miała jeszcze bardziej wyszczupleć.
Proszę bardzo, oglądaj serial “Dempsey i Makepeace na tropie”,
wystawy sklepów z sukienkami,
ślady choroby na swoim ciele- tylko miej mnie przed oczami.

Dźwigając pięćdziesięciokilogramowe worki cementu noszę na rękach Ciebie.
Skacząc w rytm pieśni reggae skaczę za Tobą w ogień.
Ogryzając paznokcie gryzę je z tęsknoty za Tobą.
Słuchając prognoz pogody nasłuchuję Twojego głosu.
Czasami brak mi powietrza i wiem wtedy,że na chwilę o mnie zapomniałaś.


What a nice surprises I have found!:)

 


Fenomen nieistnienia

“Urodziłem się (co dla niektórych może być nieistotne)
18 marca 1956 roku we Wrocławiu.
Prawdopodobnie żyłem sztuką i myślę, że jestem artystą.
I jeszcze nie wiem, kiedy zmarłem.
Właściwie życiorys mój (Życiorys) – przepadł.”

“Niestety, trzeba aż śmierci, by pojąć, co tracimy. Chrystian Belwit nie był dzieckiem szczęścia. Jego życie, to pasmo nieszczęść, kłopotów, szpitali, samotności, udręk i lęków. Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat zaznał ciepła. (…) Przedtem jednak spał pod mostami, noce spędzał na dworcach, nielegalnie w domach akademickich, w bramach, w stogach siana, albo u znajomych. Opowiadał o tym barwnie i zabawnie, choć rzecz była gorzka. Nie skarżył się specjalnie na swój los wagabundy, kloszarda, obieżyświata, ale też się nim nie chełpił. Wydawało się, że nigdy nie miał własnego domu. Odtrącony przez rodzinę i najbliższych, pukał do ich drzwi, ale mu nie otworzyli.

Nie rozstawał się z tajemniczym zeszytem, w którym niemal od dzieciństwa zapisywał swoje uwagi o świecie. Poznałem go ćwierć wieku temu, w końcu lat siedemdziesiątych. Przyszedł do redakcji, gniotąc pod pachą szary, przybrudzony kajet. Powiedział, że pisze i nie wie, co z tym zrobić, i czy się to na coś nada. A prawdę mówiąc, to nie od razu pokazał mi ów kajet. Najpierw go długo namawiałem, aż wreszcie się odważył i stanął w drzwiach. Niepewny, speszony i zagubiony. – Może nie warto tego czytać – jakby się przekomarzał. A gdy zajrzałem, zdębiałem. Jakieś wykresy, tablice matematyczne, wzory chemiczne i fizyczne, figury geometryczne, rysunki, tajne zapiski. – Co to? – spytałem. – Definicja świata – odparł całkiem normalnie. Okazało się, że szuka odpowiedzi na podstawowe pytanie, czym jest świat. – Gdzieś tam w tym wszystkim kryje się zagadka świata – mówił poważnie. Nie wiedziałem, czy kpi, czy robi ze mnie osła. Mówił jednak bez cienia ironii. Jego ironię, żart i satyryczne spojrzenie poznałem potem, gdy nieraz dowcipkował, parskał zaraźliwym śmiechem, igrał z językiem. Teraz był surowy, z iskierkami diablika w oczach. – Przecież tego się nie da wydrukować – powiedziałem mu. – Właśnie, i ja tak myślę – odparł. – Gdy jednak przewróciłem kilka kartek dalej, znalazłem malutkie perełki- wiersze. On pisał wiersze, jakby ukryte za wzorami i matematycznymi wyliczeniami świata. Wiersze były w drugiej kolejności, po wzorach na istotę świata, co nie znaczy, że gorsze, słabsze, czy coś w tym rodzaju.

Namiętnie czytał książki, pożerał je. Może dlatego, że pragnął nadrobić stracony czas. Nie poszedł do szkół, więc sam się dokształcał. Czytał Platona, Arystotelesa, Sofoklesa, zachwycał się poetami Rzymu. I ciągle pisał. Nie chciał jednak nigdzie drukować. Wiele minęło lat, zanim namówiłem go, by opublikował mały tomik. I opublikował. Nadał mu znaczący, i jak się potem okazało, dramatyczny tytuł: “Pierwszy i ostatni”. Pisał w nim takie oto strofy, miniatury:
Plastykowa łódka
płynie w ciepłej wodzie
zakręcam kurek
na dnie wanny
leży załoga

Grał na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie piosenki. Rzadko zresztą występował. Stronił od wszelkiej wrzawy literackiej. Stał z boku. Nie mieszał się do żadnych sporów, intryg, ani gier towarzyskich. Te rzeczy były mu obce, brzydził się nimi. Prowadził swoje tajemnicze życie gdzieś poza obrzeżami wielkich artystycznych prądów. Ale pisał pięknie i mądrze. I miał wielu sekretnych zwolenników, tworząc z biegiem czasu piękną, jakby ukrytą legendę, pociągając za sobą i swoim wolnym życiem wielu młodych poetów, wśród których niemałą grupę stanowili uczniowie szkół średnich i studenci. W strofach jego kryje się duże piękno i dramat jego życia.
Był oszczędny w słowach, zdyscyplinowany, często ironiczny. Ale jego siłą był gniew, protest i bunt.

Uwielbiał Wojaczka i poświęcał mu swoje strofy. Prowadził też podobny tryb życia. Jego poezja ginęła wśród bełkotu, błyskotek i chaosu myśli współczesnych młodych wierszopisarzy. Nie wygrywał konkursów, bo nie umiał się kłaniać bożkom lokalnego areopagu. Zginął nierozpoznany, zagubiony, samotny. A jego pogrzeb, przebiegający niemal w utajnieniu, stał się manifestacją przyjaźni. Zjawili się ci, którzy mu uwierzyli, którzy poznali się na tym, co pisał. Stał się poetą wyklętym, odrzuconym. Taki bywa los poetów ważnych.’

Stanislaw Srokowski, ‘Wspomnienie’, w: http://www.gazeta.pl/wroclaw

Zagubione miasto

Miasto w którym mieszkam
urodziło się w tym samym dniu
i o tej samej godzinie co ja
– mogłoby być fortecą
twardą jak pomnik
w rękach którego złom
przyjmuje formę rdzewiejącej alegorii
– nocne ulice i rozjaśniony sen
prostytutki jakby lament
cudzego westchnienia

Nie będąc w ścianach pokoju
jestem w murach miasta
pytano co robisz gdzie pracujesz
stań na nogach nie na głowie
– gdy pytanie pomijam milczeniem
śmieją się lub mówią …

Przechodzą przez skrzyżowania –
gdzie światła naigrywają się
z ludzkich potrzeb – dróg indywidualności
powiedziano – masz wybór
nie dając nic w zamian

z okna mego domu
mam widok na plac defilad
i widzę twarze w połowie
niewyśpiewanych próśb
a pytają czy wystarczy
armatniego…

I widzę jak na dłoni że
niepotrzebnie się denerwują

Miasto w którym mieszkam
umiera powoli wraz ze mną
a przecież rośliśmy dom w dom
ciało w ciało jak
niebo w niebo – by ktoś inny
urodził się w tym samym
dniu o tej samej godzinie
by mógł nazywać ulice
na których spotykamy
tych samych ludzi


Monday


dzien dobry glasgow
mam po lewej stronie
serce dwa metry i sciane

dzien dobry juz wkrotce
moje urodziny
(kolejne tego roku)
amerykanie znow nakreca
idiotyczny film o swietach

kobiety na ulicach nadymac sie beda
jak blueberry muffins

nie to miejsce nie ten czas

dzien dobry troche wstyd mi za nas
miasto noca wyje
pociagi wjezdzaja do okien


Poruszyła się na posłaniu… Tomas Segovia

Poruszyła się na posłaniu
( i jakaś sól z Sahary smagnęła ją milczącą
Bo żyć jest także tępym przerażeniem )

Na dworze rozwidniało się
( i chmurne serce gradem lodu wypełniło jej żyły
Bo życie jest bestią tak nienasyconą
Że w pełnym locie pożera pragnienia wnętrzności )

Cierpkość alkoholu kąsając dogorywała
( I mroźna i czarna gąbczasta bawełna cieni
Wyssała ciepło jej krwi
Bo miłość nawet ona jest zatruta )

Język jej żałosny odłóg po tytoniu
( I wyślizgnęły się pod stopy jej tunika os
Bo w życiu nie ma miejsca dla życia )

Zachłysnęła się własnym łkaniem
( I jej nieruchome oczy zaprzepaściły się
Bo nikogo nigdy nie spotkamy
W spustoszonych przesmykach serca )

Wyciągnęła ramię po flakonik
( i jej brzuch był spowolnionym ruchem wodospadu
pod którym nieprzerwanie rozwiera się próżnia
Bo iść przez świat to iść przez jaskinię
Oczu zamurowanych i szalonych)

Zaczęła gryźć pastylki co były jak kamień
( i jakaś ręka nieobecności z rozczapierzonymi palcami
Przedarła się przez nią na wskroś
I wpuściła za sobą
Wielkie zasoby czarnego spokoju
Wielką triumfującą rzekę zagłady)

Bo jesteśmy tacy samotni
– Bo nie ma dłoni w którą by można złożyć
Naszą daninę ze strzępów tkliwych
Z mrocznych kałuż na których tańczy błysk
Bo nie ma nikogo kto by nas wydostał na brzeg
Bo nie ma nic nie ma nic do zrobienia.