Inspiration digger

Uncategorized

Advertisements

…and that water these words what can they do what can they do prince

Elegy of Fortinbras
Zbigniew Herbert

for C.M.

Now that we’re alone we can talk prince man to man
though you lie on the stairs and see no more than a dead ant
nothing but black sun with broken rays
I could never think of your hands without smiling
and now that they lie on the stone like fallen nests
they are as defenceless as before The end is exactly this
The hands lie apart The sword lies apart The head apart
and the knight’s feet in soft slippers

You will have a soldier’s funeral without having been a soldier
the only ritual I am acquainted with a little
there will be no candles no singing only cannon-fuses and bursts
crepe dragged on the pavement helmets boots artillery horses drums
drums I know nothing exquisite those will be my manoeuvres before I
start to rule
one has to take the city by the neck and shake it a bit

Anyhow you had to perish Hamlet you were not for life
you believed in crystal notions not in human clay
always twitching as if asleep you hunted chimeras
wolfishly you crunched the air only to vomit
you knew no human thing you did not know even how to breathe

Now you have peace Hamlet you accomplished what you had to
and you have peace The rest is not silence but belongs to me
you chose the easier part an elegant thrust
but what is heroic death compared with eternal watching
with a cold apple in one’s hand on a narrow chair
with a view of the ant-hill and the clock’s dial

Adieu prince I have tasks a sewer project
and a decree on prostitutes and beggars
I must also elaborate a better system of prisons
since as you justly said Denmark is a prison
I go to my affairs This night is born
a star named Hamlet We shall never meet
what I shall leave will not be worth a tragedy

It is not for us to greet each other or bid farewell we live on archipelagos
and that water these words what can they do what can they do prince



Fenomen nieistnienia

“Urodziłem się (co dla niektórych może być nieistotne)
18 marca 1956 roku we Wrocławiu.
Prawdopodobnie żyłem sztuką i myślę, że jestem artystą.
I jeszcze nie wiem, kiedy zmarłem.
Właściwie życiorys mój (Życiorys) – przepadł.”

“Niestety, trzeba aż śmierci, by pojąć, co tracimy. Chrystian Belwit nie był dzieckiem szczęścia. Jego życie, to pasmo nieszczęść, kłopotów, szpitali, samotności, udręk i lęków. Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat zaznał ciepła. (…) Przedtem jednak spał pod mostami, noce spędzał na dworcach, nielegalnie w domach akademickich, w bramach, w stogach siana, albo u znajomych. Opowiadał o tym barwnie i zabawnie, choć rzecz była gorzka. Nie skarżył się specjalnie na swój los wagabundy, kloszarda, obieżyświata, ale też się nim nie chełpił. Wydawało się, że nigdy nie miał własnego domu. Odtrącony przez rodzinę i najbliższych, pukał do ich drzwi, ale mu nie otworzyli.

Nie rozstawał się z tajemniczym zeszytem, w którym niemal od dzieciństwa zapisywał swoje uwagi o świecie. Poznałem go ćwierć wieku temu, w końcu lat siedemdziesiątych. Przyszedł do redakcji, gniotąc pod pachą szary, przybrudzony kajet. Powiedział, że pisze i nie wie, co z tym zrobić, i czy się to na coś nada. A prawdę mówiąc, to nie od razu pokazał mi ów kajet. Najpierw go długo namawiałem, aż wreszcie się odważył i stanął w drzwiach. Niepewny, speszony i zagubiony. – Może nie warto tego czytać – jakby się przekomarzał. A gdy zajrzałem, zdębiałem. Jakieś wykresy, tablice matematyczne, wzory chemiczne i fizyczne, figury geometryczne, rysunki, tajne zapiski. – Co to? – spytałem. – Definicja świata – odparł całkiem normalnie. Okazało się, że szuka odpowiedzi na podstawowe pytanie, czym jest świat. – Gdzieś tam w tym wszystkim kryje się zagadka świata – mówił poważnie. Nie wiedziałem, czy kpi, czy robi ze mnie osła. Mówił jednak bez cienia ironii. Jego ironię, żart i satyryczne spojrzenie poznałem potem, gdy nieraz dowcipkował, parskał zaraźliwym śmiechem, igrał z językiem. Teraz był surowy, z iskierkami diablika w oczach. – Przecież tego się nie da wydrukować – powiedziałem mu. – Właśnie, i ja tak myślę – odparł. – Gdy jednak przewróciłem kilka kartek dalej, znalazłem malutkie perełki- wiersze. On pisał wiersze, jakby ukryte za wzorami i matematycznymi wyliczeniami świata. Wiersze były w drugiej kolejności, po wzorach na istotę świata, co nie znaczy, że gorsze, słabsze, czy coś w tym rodzaju.

Namiętnie czytał książki, pożerał je. Może dlatego, że pragnął nadrobić stracony czas. Nie poszedł do szkół, więc sam się dokształcał. Czytał Platona, Arystotelesa, Sofoklesa, zachwycał się poetami Rzymu. I ciągle pisał. Nie chciał jednak nigdzie drukować. Wiele minęło lat, zanim namówiłem go, by opublikował mały tomik. I opublikował. Nadał mu znaczący, i jak się potem okazało, dramatyczny tytuł: “Pierwszy i ostatni”. Pisał w nim takie oto strofy, miniatury:
Plastykowa łódka
płynie w ciepłej wodzie
zakręcam kurek
na dnie wanny
leży załoga

Grał na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie piosenki. Rzadko zresztą występował. Stronił od wszelkiej wrzawy literackiej. Stał z boku. Nie mieszał się do żadnych sporów, intryg, ani gier towarzyskich. Te rzeczy były mu obce, brzydził się nimi. Prowadził swoje tajemnicze życie gdzieś poza obrzeżami wielkich artystycznych prądów. Ale pisał pięknie i mądrze. I miał wielu sekretnych zwolenników, tworząc z biegiem czasu piękną, jakby ukrytą legendę, pociągając za sobą i swoim wolnym życiem wielu młodych poetów, wśród których niemałą grupę stanowili uczniowie szkół średnich i studenci. W strofach jego kryje się duże piękno i dramat jego życia.
Był oszczędny w słowach, zdyscyplinowany, często ironiczny. Ale jego siłą był gniew, protest i bunt.

Uwielbiał Wojaczka i poświęcał mu swoje strofy. Prowadził też podobny tryb życia. Jego poezja ginęła wśród bełkotu, błyskotek i chaosu myśli współczesnych młodych wierszopisarzy. Nie wygrywał konkursów, bo nie umiał się kłaniać bożkom lokalnego areopagu. Zginął nierozpoznany, zagubiony, samotny. A jego pogrzeb, przebiegający niemal w utajnieniu, stał się manifestacją przyjaźni. Zjawili się ci, którzy mu uwierzyli, którzy poznali się na tym, co pisał. Stał się poetą wyklętym, odrzuconym. Taki bywa los poetów ważnych.’

Stanislaw Srokowski, ‘Wspomnienie’, w: http://www.gazeta.pl/wroclaw

Zagubione miasto

Miasto w którym mieszkam
urodziło się w tym samym dniu
i o tej samej godzinie co ja
– mogłoby być fortecą
twardą jak pomnik
w rękach którego złom
przyjmuje formę rdzewiejącej alegorii
– nocne ulice i rozjaśniony sen
prostytutki jakby lament
cudzego westchnienia

Nie będąc w ścianach pokoju
jestem w murach miasta
pytano co robisz gdzie pracujesz
stań na nogach nie na głowie
– gdy pytanie pomijam milczeniem
śmieją się lub mówią …

Przechodzą przez skrzyżowania –
gdzie światła naigrywają się
z ludzkich potrzeb – dróg indywidualności
powiedziano – masz wybór
nie dając nic w zamian

z okna mego domu
mam widok na plac defilad
i widzę twarze w połowie
niewyśpiewanych próśb
a pytają czy wystarczy
armatniego…

I widzę jak na dłoni że
niepotrzebnie się denerwują

Miasto w którym mieszkam
umiera powoli wraz ze mną
a przecież rośliśmy dom w dom
ciało w ciało jak
niebo w niebo – by ktoś inny
urodził się w tym samym
dniu o tej samej godzinie
by mógł nazywać ulice
na których spotykamy
tych samych ludzi


Russian Circles


Wpadlo a agrest, moze we mnie, sadlo pancerne. Pif-paf, Maciej Taff:)


jadlodajnia

oto przybylem nieodzalowany syn twoj
z dalekiej drogi albo
przydroznej mordowni
z nareczem kwiatow w zebach
petla na szyi

ucieklem kiedy powiedzialas mi
zaden z psow ani kotow
pieczolowicie pochowanych w ogrodku
nie dostapi zycia wiecznego

juz cicho
ciii…
nakarm mnie tylko
ze strachu zaczynam smierdziec

godne politowania i to
ze nie umiem sie z toba pozegnac
wychodze na zawsze wracam
w pol drogi zgiety w pol
uwiklany w chomato

przyprowadzam czasem kolegow
pamietasz  tristan chory na dusze
ikar to ten od dramaturgii lotu

dom urojen tu na mnie czeka
przehandlowalem sny
za meble kuchenne
w nocy
budze sie na podlodze
sciskam noge od stolu

prosze nakarm mnie tylko